Wchodzimy do teatru. otwarta scena, jakby przed chwilą zakończyło się „Wesele" Stanisława Wyspiańskiego.
Po chwili niepostrzeżenie pojawia się Żyd, niczym zbłąkany aktor po przedstawieniu.... i zaczyna snuć swoją opowieść.
Tak zaczyna się monodram „Ja jestem Żyd z Wesela" w Teatrze im.Aleksandra Fredry w Gnieźnie. Aktor wychodzi
na proscenium, a za nim opada kurtyna, na której oglądamy zdjęcie z „Wesela", typowy portret zbiorowy.
Żyd z „Wesela" uświadamia sobie nagle, że przecież on ma nazwisko, a Rachela, którą oglądamy na zdjęciu
ma na imię Pepka. (...)
Na gnieźnieńskiej scenie Żydem jest Lech Gwit. On był także Żydem w inscenizacji Tomasza Szymańskiego ( premiera 24.03.07). Stworzył kreację. Niczego nie odgrywał. Pozbawiony był strzępka prywatności. Ten typ aktorstwa bardzo rzadko można dziś spotkać na polskich scenach. Minęlo kilka miesięcy, a aktor sam przygotował adaptację opowiadania Romana Brandstaettera.
I dobrze, że o reżyserską pomoc poprosił Szymańskiego. Udało się bowiem rozpocząć dalszy ciąg losów
Hirsza Singera w momencie, w którym utracił on swoje nazwisko i wszedł do literatury. Siła monodramu leży
w prawdzie scenicznej kreowanej postaci. Lech Gwit ani przez moment nie pozwala pomyśleć publiczności,
że jest kimś innym niż Hirszem Singerem. Wchodzi w rolę do końca. Ma w sobie coś takiego, że jemu się wierzy,
iż Wyspiański zniszczył jego rodzinę.
w: Stefan Drajewski, „Ja jestem Żyd z Wesela" , w Głos Wielkopolski z dn. 29.10.07