Recenzje

"Małgorzata Bogajewska niezwykle rzetelnie wyreżyserowała ten spektakl, prowadząc każdą z postaci konsekwentnie, prezentuje problem granic moralnych i odpowiedzialności człowieka. ,,Zbrodnia i Kara" nie jest emocjonującym, chwilowym przeżyciem odbiorczym, ale czymś dużo głębszym, to teatralny impuls, który pozostawia w widzu pytania i prowokuje go do szukania odpowiedzi."
2016.05.05
"To, co jest najważniejsze w nowym przedstawieniu u Fredry i dlaczego w ogóle warto je obejrzeć, to właśnie genialne i totalne wykorzystanie rodzimych oraz gościnnych aktorów. Łukasz Czuj bowiem autentycznie czuje pracę z występującymi na scenie, a ci mimo że potrafią tańczyć i śpiewać, w „Klubie...” dosłownie przechodzą samych siebie do tego stopnia, że na gnieźnieńskiej scenie daje się wyczuć atmosferę muzycznej Romy lub Capitolu. Zresztą wszystko zaczyna się rewelacyjnym „Małym piwkiem”, które w oryginale śpiewał niezapomniany Zdzisław Maklakiewicz, a teraz wykonuje je równie klimatycznie swoim chrypiącym głosem Wojciech Kalinowski. Co więcej, Kalinowski też swoją rolą kradnie właściwie show i widać, że czuje się jak „ryba w wodzie”, gdy podryguje podczas irytującego chwilami „Love, love, love” wyśpiewywanym przez resztę zespołu. Dalej, zapadającą w pamięci sceną zdaje się mocno tangowa „Zabawa podmiejska” Piotra Szczepanika, której tutaj ciężar wykonania bierze na swoje barki gościnnie występująca Justyna Kokot. Jej drapieżna interpretacja tekstu oraz nie do końca heteronormatywny taniec w czasie którego pani tańczy także z panią, mają bowiem w sobie wiele erotyki. Chociaż największe „ciary” po plecach przechodzą kiedy to filigranowa Michalina Rodak, staje na krześle i ze swej drobnej sylwetki wydobywa potężny „operowy” głos, który do tej pory nie był kojarzony z „Brzydulą i rudzielcem” Marii Koterbskiej”
2016.02.08
Opowieść zbudowana z puzzli, którymi niewątpliwie są poszczególne piosenki, ma w sobie rytm i potoczystość, teksty - spoiwa pomiędzy piosenkami nie pozostawiają wrażenia grubego spawu, jeśli nawet są łącznikiem to na tyle elastycznym, że widz mimowolnie ogląda jedną spójną opowieść o miłości, rozczarowaniu i nadziei. Uniwersalna scenografia (Michał Urban), gdzieś tylko w pewnej linii dotyka lat 50-tych i 60-tych, mimo wszystko pozwala budować odniesienia emocjonalne poza czasem. Jeśli w odbiorze widza funkcjonuje czas, to raczej jako osobiste wspomnienie lat młodzieńczych, czy dojrzałych miłości. Ta klamra polskich lat PRL-u jest czytelna, ale na tyle delikatnie, że widz, który nie pamięta już tych piosenek i ich czasów, odnosi to co idzie ku nie mu ze scen, do własnych wspomnień i własnej emocjonalności. W dużej mierze udało się osiągnąć rzecz trudną przy tak jednoznacznym repertuarze i konwencji podróży sentymentalnej. Klub samotnych serc Portofino, jest na tyle otwarty, że sentyment zdarza się zarówno widowni starszej, dla której nawet konkretne piosenki są pełne konkretnych wspomnień, emocji i wzruszeń, ale też widzowi, który dopiero zaczyna swoją przygodę z miłością i jej wszelkimi naturalnymi konsekwencjami.
2016.02.08
„W spektaklu zwrócił moją uwagę błyskotliwy Karol Kadłubiec (Zbyszek), który pokazał talent komediowy i zademonstrował swobodę i naturalność. Podobnie Sebastian Perdek w roli Gargemoszela. W pełni dotrzymała kroku swoim kolegom Anna Pijanowska (Ryfka) w roli amerykańskiej, młodej intelektualistki szukającej swoich żydowskich korzeni w Polsce. Artystka potrafiła wg potrzeb przyśpieszać tempo swoich scenicznych wypowiedzi, co bez straty dla ich czytelności, w niektórych miejscach brzmiało rzeczywiście imponująco. Podkreślę jeszcze dobrą jak zwykle, rolę Wojciecha Kalinowskiego, który wycisnął praktycznie 120% ze słabo zarysowanej w scenariuszu postaci Żyda-zabawki Ahaswerusa.”
2015.12.15
Hotelowi pod Wesołym Karpiem patronuje śmiech, ten znany z żydowskich dowcipów, które często okraszają humorem najbardziej makabryczne zdarzenia. Hendel tworzy spektakl pełen żartów, z których nie wiadomo właściwie, czy można się dziś śmiać. Ten obsceniczny charakter przedstawienia staje się jego główną siłą. Obsceniczność staje się najbardziej polityczną strategią spektaklu - śmiech ma funkcję oczyszczającą, a poczucie żenady czy wstydu prowokuje do myślenia o poruszanych kwestiach. Ten model politycznej komedii, wywiedziony od czasów antycznej Grecji od dawna nie był z taką siłą pokazany na polskich scenach. Przywołanie Grecji jest jak najbardziej na miejscu, bo tak jak w Żabach Arystofanesa, do akcji u Hendla wkraczają bogowie - i starotestamentowy Jahwe (pod postacią płonącego krzaka) i Jezus.
2015.12.15
„Hotel pod Wesołym Karpiem błyskotliwie nawiązuje do polskich realiów, prowokując do ponownego spojrzenia na dzisiejsze i historyczne relacje polsko-żydowskie. Pełno w nim także sygnałów ironii na temat naszej współczesnej polityki czy narodowych stereotypów – zarówno tych, które tworzymy, jak i tych, którym podlegamy. Taryfa ulgowa nie przysługuje tu nikomu, a podobne salwy śmiechu towarzyszyć mogą pojawieniu się zarówno syjonisty, jak i „prawdziwego Polaka”, a także wspomnieniom problemów gastrycznych, które unieruchomiły grupę turystów z Izraela czy „cudownej wycieczki”, dzięki której amerykańska Żydówka dowiedziała się, że podczas wojny z rąk Niemców ginęli również Polacy. Opowieść, luźno osadzoną wokół tematu poszukiwań zagrabionego podczas wojny żydowskiego domu, poprowadzono odważnie i bezkompromisowo, a prezentacja różnobarwnych postaci pozbawiona jest asekuranckiego dystansu i nawet pozorów politycznej poprawności." Czas Kultury
2015.12.10
„(...) pod zwariowaną fabułą okraszoną wieloma epizodami w najlepszym manhattańsko-żydowskim stylu Woody Allena i śmiałymi, ciętymi komentarzami do obecnej sytuacji w Polsce, ten spektakl pokazuje jednak coś ważnego. Wspólnota śmiechu, poczucia humoru, ironicznego dystansu do rzeczywistości może być skuteczną bronią przeciw demonom. To jest to dziedzictwo polsko-żydowskie, które ze sobą dzielimy.”
2015.12.10
"I co? I bólu na wątpiach już dawno nie ma! Zniknął po paru minutach spektaklu, gdy nastąpiło emocjonalne, wysoce pozytywne „wciągnienie” widzów do świata z głębin króliczej nory. Okazało się przy tym, że Justyna Łagowska jest reżyserką pełną gębą i może spokojnie realizować swoje własne inscenizacje (...); że Michał Kmiecik to nie tylko twórca zaangażowany, ale i wysokiej klasy dramaturg-adaptator, że Robert Piernikowski potrafi świetnie wkomponować swą muzykę w odjazdowo-oniryczno-młodzieżową atmosferę widowiska Łagowskiej, że gnieźnieńscy aktorzy i aktorki potrafią swobodnie udźwignąć kolejną zaproponowaną im konwencję gry, rozwijając konsekwentnie swój potencjał… I że Teatr im. Fredry ma wzorcową wręcz propozycję teatralną dla młodzieży – wyczyn w Polsce prawie-że-nieprawdopodobny!"
2015.07.15
"Kto mądry albo nawet niekoniecznie mądry, ale w miarę trzeźwy i moralnie poukładany, ten zrozumie autentyczny tragizm i uniwersalność problemów, które w komiczno-gargantuicznej formie stawia przed nami dramat Sikory, świetnie, z nerwem zrealizowany przez brazylijsko-polski zespół".
2014.12.19
"Niech nigdy w tym dniu słońce nie świeci mógł być kolejnym spektaklem operującym warsztatowymi i dramaturgicznymi schematami na temat niepełnosprawności i nietolerancji. Wykonawcy ujawnili jednak prawdziwe sceniczne talenty, które pozwoliły im interesująco opowiedzieć i zaśpiewać: o sobie, o nas i o naszym niepełnosprawnym kraju"
2014.11.30